Kategorie: Wszystkie | Było minęło | Dostępne | Kontakt | Minerały | Z innej beczki
RSS
sobota, 30 listopada 2013

Pierścionek z labradorytem marzył mi się od dawna. W zasadzie nie noszę biżuterii poza pierścionkami, a o ironio losu akurat tego elementu biżuterii nie wykonałam jeszcze nigdy...

Sztukę lutowania opanowałam już jak mi się wydaję na poziomie wystarczającym, ale zlutowanie formy, która potem owinięta drutem będzie stanowi bazę do wisiora, dwóch kawałków blachy, czy też zrobienie kulek na końcu drutu, to nie to samo co oprawa kamienia. Niestety im bardziej o tym myślałam, tym bardziej nie mogłam nie spróbować :). Po obejrzeniu stu tutoriali, przeczytaniu dziesięciu książek na tematy okołojubilerskie, zakupieniu worka sprzętu (nawet nie wiedziałam, że do oprawienia jednego kamienia używa się tylu narzędzi) usiadłam do niszczenia srebrnej blachy...

Trwało to dość długo. Kilkakrotne lutowanie, wykwaszanie, szlifowanie, ponowne lutowanie, polerowanie i tak aż do uzyskania oczekiwanego efektu. O dziwo efekt był zadowalający zarówno w przypadku pierścionka, jak i w przypadku dwóch wisiorów. Nie jestem jeszcze do końca zadowolona z domknięcia oprawy, ale mam nadzieję, że nowe narzędzia które są w drodze - rozwiążą problem. I tak pierścionek zostaje w moich prywatnych zbiorach (zawsze marzył mi się labradoryt o takiej przepięknej labradoscencji, oprawiony w wysoką kasetkę), więc idealny być nie musi ;).

 

www.antilae.pl

niedziela, 24 listopada 2013

 

Eleganckie kolczyki wykonane z przepięknych, niebieskich, fasetowanych kwarców klasy AAA, zawieszonych na ręcznie wykonanych bazach. Bazy wykonane z Art Clay Silver, centralnie osadzone czarne cyrkonie.

www.antilae.pl

Wisior wykonany z przepięknej beczułki fasetowanego kwarcu piwnego, w oprawie z tym razem nieoksydowanego srebra. Całość uzupełnia kuleczka spinelu i wrzeciono kanarkowego chalcedonu.

 

www.antilae.pl

sobota, 23 listopada 2013

 

W czasie gdy wszyscy naokoło podwoili siły wytwórcze, a ilość rękodzieła wystawianego na różnego rodzaju portalach i galeriach osiąga niewyobrażalne poziomy, mnie ogarnęło zmęczenie materiału. Zestaw codziennych marzeń sprowadził mi się do ciepłej herbaty i dłuugiego snu. Wprawdzie wieczorami poświęcam sporo czasu na tworzenie półproduktów, elementów niemal skończonych i kawałków gotowych produktów, ale na wykończenie całości nie mam już zupełnie ani siły, ani ochoty.

Przełom jesieni i zimy nie jest dla mnie ulubioną porą roku, entuzjazm do czegokolwiek wykrzesuję już tylko po uruchomieniu akumulatorów zapasowych. Byle do wiosny :).

 www.antilae.pl

niedziela, 17 listopada 2013



Poczta Polska nie przestaje mnie zadziwiać :).

Pojechałam wczoraj na pocztę w celu nadania przesyłek oczywiście. Druków mam już w domu kilkanaście rodzajów, część bowiem poczta wycofała z obrotu wprowadzając nowe, nie do końca jednak prowadząc właściwą kampanię społeczną, aby ludzie mieli szansę się o tym dowiedzieć. Ostatnio za każdym razem nadając przesyłkę słyszę, że nowa super paczka jest panaceum na wszystkie problemy i jest kompromisem między listem, paczką, ceną, jakością i czasem krążenia przesyłki po świecie... Super!. Tego mi było trzeba.

Przesyłka do Niemiec, co wydawałoby się w związku z istnieniem Unii Europejskiej, nie powinno stanowić dla nikogo szczególnej różnicy. Odruchowo wypisałam kwituneczek na przesyłkę poleconą, zorientowawszy się jednak, że przesyłka jest zagraniczna wypisałam również druk na nową multi paczkę i zadowolona z siebie powędrowałam na pocztę. Pani ogląda pierwszą przesyłkę kontrolując dokładnie adres z kwitka z adresem w przesyłki, druga tak samo, trzecia... myk pod skaner i Pani coś liczy... po czym pyta - czy chcę dostać darmowego SMS'a jak przesyłka dotrze do nadawcy? :|. Darmowe usługi uwielbiam - pewnie że chcę! :). Coś mi się tu jednak nie podoba i chcąc uprzedzić milion pytań, które zawsze w tym momencie się pojawiają informuję Panią, że przesyłka jest zagraniczna... W odpowiedzi (mimo, że mazakiem czcionka numer 66 napisane jest na kopercie NIEMCY) słyszę - aaa... to dobrze, że Pani mówi, to nie można w takim razie tym drukiem... No super, a którym można?. Pani zaczyna przepytywać koleżankę, a ja zadowolona z siebie prezentuję kwitunek na list polecony, który mam przygotowany w zapasie. Pani bierze kwitunek, klika coś w komputerku i mówi ok - ale nie będzie wartościowa... No jak nie będzie wartościowa, skoro musi być wartościowa? :|. No to co zrobić, żeby wartościowa była?.

I tu zaczyna się horror... Pani zamyka okienko do połowy i przez 15 minut wymieniamy się kwitkami i danymi na temat ewentualnej możliwości wysyłki i warunków brzegowych tejże. Wartościowa, a priorytetowa, a list czy paczka, a jak paczka to czy ubezpieczona, a czy z gwarantowanym terminem, a jaka waga... Po przejrzeniu wszystkich możliwych druków, a jest ich na poczcie naprawdę dużo :|, nie wiedziałam że tak dużo... udało mi się nadać list, bez wartości, bez ubezpieczenia, ale za to z priorytetem, za mniej niż 20 zł i do tego do NIEMIEC :). Boszeee... nadawałam już przesyłkę za granicę nie raz, nie dwa i nigdy nie było tylu problemów, zakładam więc, że problemem była ta konkretna poczta, a nie moja przesyłka, nadal jednak nie rozumiem, dlaczego tak duże przedsiębiorstwo nie potrafi mimo wielu zapewnień - uprościć nadawania czegoś tak banalnego jak list wartościowy do krajów Unii Europejskiej...

Pewnie za dużo wymagam :).

A na zdjęciach autorska produkcja wykonana od podstaw ręcznie z kawałków srebrnego drutu i monetki zielonego onyksu.

www.antilae.pl - biżuteria autorska

piątek, 15 listopada 2013

Lutuję, młotkuję, szlifuję, zwijam i topię, ba... nawet szyję a i tak najwięcej frajdy nadal sprawiają mi gronka i praca ze szpilkami :).

W ramach przerywnika od walki ze srebrem w formie blachy, wykręciłam takie niewielkie kolczyki, w mojej ukochanej kolorystyce. Kolor centralnych kamieni jest absolutnie obłędny.

 

www.antilae.pl - biżuteria autorska

niedziela, 10 listopada 2013

Mój organizm potrzebuje dużo snu. Nie bardzo dużo, ale 7 godzin dziennie to ekstremalne minimum. Każde odstępstwo od tej zasady powoduje domaganie się rekompensaty w weekend. I tak dwie zarwane noce (z powodów jakichkolwiek) w tygodniu pracy, oraz wstanie bladym świtem w sobotę, aby zdążyć na podyplomowe studia na drugi koniec miasta powodują, że w niedzielę potrafię spać do godziny 12tej :|. Marnotrawstwo czasu to okrutne i potem nie mogę nikogo winić o to, że w weekend nie zdążyłam ani posprzątać domu, ani rozliczyć firmy, ani pokończyć projektów, ani już w szczególności zająć się biżuterią, która to traktowana jako hobby i przyjemność w ciągu priorytetów życiowych stoi na ostatnim miejscu.

W sobotę byłam na wykładzie, na którym bardzo ważny Pan, z bardzo ważnymi osiągnięciami życiowymi i masą zrealizowanych, powalających na kolana projektów na koncie - opowiadał poza oczywiście masą wiedzy branżowej, również o tym jak wygląda jego zwyczajny dzień. Pan stawia się w pracy codziennie 15 minut przed 6tą... :|. Pracuje... aż wszyscy skończą pracę. Chodzi spać o północy :|. Wstaje... o czwartej :|, żeby mieć czas na długi spacer z psem i śniadanie. Podobno można się przyzwyczaić do 4 godzin snu na dobę, a nawet tak bardzo się przyzwyczaić, że weekend i wszystkie święta zaczynają wyglądać tak samo...

Pomijam fakt, iż pachnie to na odległość pracoholizmem, ale jeżeli człowiek ma do dyspozycji 20 godzin na dobę, to pewnie ma czas i na 40 projektów realizowanych jednocześnie, psa, żonę, dzieci, dom, hobby i nawet na obiad da się znaleźć czas :). Teraz muszę tylko zdecydować, czy ja w ogóle znam taką godzinę jak czwarta nad ranem... a potem to już tylko pozostanie mi decyzja, na co spośród stu rzeczy, których nie zdążam zazwyczaj zrobić - przeznaczyć nowo odzyskane 4 godziny w ciągu doby :D.

 

www.antilae.pl

środa, 06 listopada 2013

Zaczynając przygodę z biżuterią nie domyślałam się nawet, ile ciekawych umiejętności pobocznych można przy tej okazji zdobyć. Pomijam fakt naprawiania biżuterii dla całej rodziny. Namiętne lutowanie całego okolicznego srebra, które się komuś, kiedyś rozpadło, w przypadku wyrobu biżuterii wydaje się umiejętnością dość oczywistą. Lutowanie więc porwanych łańcuszków, połamanych pierścionków, których już nawet nie zliczę, w zasadzie stało się standardem. Przewlekanie porwanych korali, skracanie lub wydłużane bransoletek, posrebrzanie, czy dorabianie kolejnych kawałków pasujących do posiadanych kompletów biżuterii traktuję również już jako swoje normalne zajęcie :).

Najciekawszą jednak umiejętnością którą zdobyłam przy okazji zajmowania się biżuterią jest - obsługa aparatu fotograficznego :). Sprzęt ten zawsze traktowałam dość usługowo. Trzy ustawienia podstawowe ("auto", predefiniowane "dzieci i zwierzęta" lub "portret"), wystarczały mi w zupełności do sprawnego funkcjonowania w świecie ludzi. Fotografia makro, a już w szczególności fotografowanie przezroczystych kamieni wymaga nieco jednak większych mocy i skorzystania z kilku dodatkowych ustawień, które ku mojemu przerażeniu dostępne były wyłącznie w trybie manualnym i przez dłuższy czas dawały efekt wyłącznie rozmazanej plamy na równie rozmazanym tle, niezależnie od przedmiotu, który akurat pozował na zdjęciach. Przeglądając swoje zdjęcia sprzed 2-3 lat, myślę że w tej dziedzinie przeszłam równie dużą metamorfozę jak w temacie technik produkcji samej biżuterii. A przecież mogłoby się wydawać, że hand-made nie jest zajęciem rozwijającym... :).

A tak już zupełnie na marginesie, najbardziej na zdjęciach makro bawią mnie nitki, będące pozostałością po froterowaniu biżuterii specjalną ściereczką i moje własne czarne palce (pozostałość po kontakcie z oksydą), czego gdyby nie makro-fotografia nigdy bym nie dojrzała gołym okiem... Ale o tym pewnie nie powinnam wspominać :).

 

 

 

niedziela, 03 listopada 2013

Gdybym miała porównać sutasz do czegokolwiek innego co mnie spotkało w życiu, byłby to mój kot :). Nie dość że człowiek musi się wysilać, żeby toto chciało człowieka zaakceptować i raz na jakiś czas podeptało po brzuchu, po czym wyspało się na klatce piersiowej radośnie mrucząc... Nie dość, że znosi do domu saszetki smakołyków kosztujące tyle co puszka ludzkiego tuńczyka i jeszcze się zastanawia stojąc przed półkami w sklepie, czy to czarne, kudłate, co siedzi w domu woli wołowinkę w sosie, czy grillowane sardynki... Nie dość, że trzeba temu wymieniać piasek w kuwecie i ciągle zganiać z kanapy... Nie dość, że czasem rozkopie ziemię w doniczce..., to jeszcze nigdy nie wiadomo kiedy nie wróci do domu, bo właśnie poszedł w tango za jakąś kotką, albo znalazł sobie rodzinę, która mu daje jedzenie solone, niezdatne dla kotów, ale za to jakie pyszne :).

Tak samo jest z sutaszem... Dwa dni szycia, głaskania, mierzenia, zegarmistrzowskiego wbijania igły, wybierania równych koralików, przeplatania niemal niewidocznej żyłki przez ucho niemal niewidocznej igły... a efekt nadal jest daleki od mojego wymarzonego ideału :).

Ale podobno trening czyni mistrza :).

www.antilae.pl

sobota, 02 listopada 2013

Szlifując dopiero co zlutowane elementy srebrne, mówię do samca Alfa

- Kochanie, a co będzie jak na stare lata stanę się zrzędliwa jak moja mama?.

Po chwili ciszy słyszę...

- To nic żabko i tak będę Cię kochał :).

- Ok, odpowiadam, ale wiesz jak powinna brzmieć ta właściwa odpowiedź?

Samiec Alfa nie zawahał się ani przez chwilę i odparł

- Wiem kochanie, właściwa odpowiedź brzmi - Ty nigdy nie staniesz się zrzędliwa jak Twoja mama :).

- No nie ... właściwa odpowiedź brzmi - "Twoja mama wcale nie jest zrzędliwa"- odparłam.

Mam go!. Teraz będę mogła strzelić focha i w ramach przeprosin poprosić samca Alfa, żeby jutro posprzątał w całym domu powierzchnie płaskie!.

A samiec Alfa dłubiąc na drugim biurku w swojej kolekcji krasnoludków z masy mi nieznanej, przyklejając drugą nogę do mikroskopijnego korpusu odparł...

- Chciałem tak powiedzieć, ale pomyślałem, że skoro już sama postawiłaś taką tezę, to nie będę z nią polemizował.

I sama jestem sobie winna, nikt mnie nie będzie żałował, bo wszak tej pokrętnej logiki nauczyłam go ja sama :).

 

www.antilae.pl

piątek, 01 listopada 2013

Święto zmarłych przyprawia mnie o ciężki ból głowy :(. W czasach kiedy ludzie migrowali masowo, a jedynym środkiem transportu był wóz konny, sens tego święta był zupełnie inny. Groby bliskich pozostawialiśmy w odległych zakątkach kraju, nawet rodzinę odwiedzaliśmy z okazji narodzin, wesela, Świąt Bożego Narodzenia lub pogrzebu i wtedy symboliczne odwiedzenie grobu najbliższych raz do roku miało głęboki sens.

Wszystkie groby zmarłych mam na tak zwanym miejscu. Koło cmentarza, na którym pochowana jest moja babcia i dziadek przejeżdżam codziennie wracając do domu z pracy. W ładną pogodę często zatrzymuję się przy cmentarzu tylko po to, żeby pójść "pogadać" z babcią i dziadkiem, pomyśleć nad życiem i powspominać. Niemniej musiałam do tego dojrzeć.

Z czasów dzieciństwa pamiętam Święto Zmarłych jako wielką traumę. Podróż tramwajem z chryzantemami, świeczkami, opatulona szalikiem, z masą innych ludzi zmierzających w tym samym celu. Potem kilometr pod górę na cmentarz i ta mozolna wędrówka z milionem "przepraszam" po drodze, między ludźmi, którzy właśnie albo biegną zapalić, albo wracają po zapaleniu znicza i spiesząc się na kolejny cmentarz, nie zwracają uwagi na dziecko wleczone za rękę przez rodziców gdzieś tam poniżej ich pola widzenia... I to błoto... Chociażbym nie wiem jak zaklinała rzeczywistość, na 1 listopada zawsze było zimno, lał deszcz i była masa błota... Jakby tego było mało, każdy 1 listopada kończył się jak nie anginą, to chociaż przeziębieniem.

W zeszłym roku z okazji 1 listopada uciekliśmy odpocząć. Groby odwiedziliśmy dzień wcześniej i ku oburzeniu mojej mamy pojechaliśmy na trzy dni pooddychać świeżym powietrzem nad pełnym morzem. W tym roku w związku z nawałem pracy i zajęć przeróżnych zdecydowaliśmy się zostać w domu, ale to tylko zwielokrotniło moją traumę... Bo przecież mogę odwiedzić groby jutro. Mogę je też odwiedzić za tydzień. Dwa lata wcześniej ku mojemu wielkiemu zdziwieniu teren wokół cmentarza ogrodzony był płotem, a między chryzantemami i zniczami stały sklepiki z pamiątkami, pieczone kiełbaski, bigos i dewocjonalia :|. Pewnie wypadałoby (co to w ogóle znaczy) pojechać na groby, bo mama będzie liczyła świeczki i jak się nie doliczy mojej, to zadzwoni wieczorem z pretensjami ;). Ale sensu w tym niestety coraz mniej...

 

www.antilae.pl